Dawnrunner


RELLAH

Kiedy blisko wiek temu nad Ameryką Środkową otworzył się wyłom, z którego wyrosło zagrożenie w postaci gigantycznych potworów zwanych Tetza, ludzkość z dnia na dzień musiała przewartościować swój cały byt. Świat porzucił prozę codzienności na rzecz absolutnej mobilizacji. Owocem tej desperackiej walki o przetrwanie stały się Iron Kings – potężne, zaawansowane mechy. Z czasem jednak, gdy bezpośrednia groźba spowszedniała, krwawe zmagania maszyn z bestiami skomercjalizowano. Wojenny koszmar zmienił się w brutalne, telewizyjne widowisko na wzór sci-fi WWE, a zasiadający w kokpitach piloci zyskali status celebrytów. Na szczycie tej specyficznej drabiny społecznej stoi Anita Marr, która ze względu na swoją pozycję otrzymuje zadanie przetestowania absolutnie przełomowej, ale i niebezpiecznej konstrukcji. Dawnrunner, bo o nim mowa, powstał przy użyciu tkanki samych Tetza.

Jako wielki pasjonat klimatów kaiju oraz wielkich robotów, wszedłem w tę historię bez powstrzymywania apetytu i pochłonąłem ją błyskawicznie. Ram V oraz rysownik Evan Cagle nie kryją inspiracji takimi klasykami jak Neon Genesis Evangelion czy Pacific Rim. Zamiast jednak ślepo kopiować znane motywy, twórcy zręcznie wykorzystują je jako fundament pod niezwykle dojrzałą i emocjonalną opowieść. Wbrew pozorom nie mamy tu do czynienia z prostą nawalanką – pod pancerzem ze stali i biologicznej tkanki kryje się poruszający, intymny portret matki bezsilnej wobec śmiertelnej choroby swojej córki, Annie. To właśnie te bolesne, ludzkie motywacje budują prawdziwy ciężar gatunkowy komiksu.

Świat przedstawiony zachwyca wielowarstwowością. Z jednej strony obserwujemy cyniczny korporacyjny aparat, reprezentowany przez bezwzględnego Mr. Lesterna, dla którego wojna to przede wszystkim źródło niekończącego się zysku. Z drugiej – śledzimy wysiłki postaci takich jak Murali, próbujących naprawdę zrozumieć naturę wroga. Ram V świetnie dawkuje ekspozycję, nie zasypując nas zbędnym podręcznikowym lore, lecz podając informacje w małych, strawne porcjach. Wątki relacji Anity z jej przyjaciółką Cat, nowym mechem oraz postacią Majora Ichiro odsłaniają przed nami niezwykłą, wręcz organiczną więź łączącą pilotkę z Dawnrunnerem.

Niezwykłe wrażenie zrobiła na mnie warstwa wizualna. Rysunki Evana Cagle’a wyglądają jak kadry wycięte wprost z wysokobudżetowego anime, pełne kinetycznej energii i namacalnej fizyczności. Cagle odważnie odrzuca klasyczną siatkę kadrów, a ruch przedstawia w sposób genialny w swojej prostocie – często zestawiając planszę z obiektem z kolejną, na której po obiekcie pozostał już tylko tuman kurzu. Sekwencje akcji są drastyczne, dynamiczne i bezkompromisowe. Równie wspaniale wypadają sceny kameralne, gdzie mimika i emocje bohaterów wyglądają naturalnie i wiarygodnie. Ogromna w tym zasługa legendarnego kolorysty Dave’a Stewarta, którego paleta barw idealnie komponuje się z mrocznym klimatem.

Ostateczny sprawdzian nadchodzi wraz z kolejną, niszczycielską falą Tetza, która zmusza Anitę, jej rywala Xandera i resztę obsady do walki na pierwszej linii z niespotykaną dotąd formą zagrożenia. Finałowy design potworów to absolutne arcydzieło atmosferycznej deformacji – są przerażające i na wskroś obce. Klimat komiksu wciska w fotel, serwując znakomicie poprowadzoną akcję podbitą ogromnym ładunkiem emocjonalnym.

Jedyny drobny zgrzyt, jaki odczuwam, dotyczy samego zwieńczenia historii. Liczyłem na nieco bardziej surowe, słodko-gorzkie domknięcie, które mocniej akcentowałoby pogodzenie się z nieuchronną stratą i akceptację własnych ograniczeń. Dawnrunner to bezkompromisowy, pełen serca list miłosny do gatunku mecha vs. kaiju. Twórcy udowodnili, że czerpanie z uznanych wzorców nie musi być wadą, jeśli stoi za nim autentyczna pasja i doskonale napisane postacie. Dzieło absolutnie obowiązkowe dla każdego fana popkultury.