Brudny Wiersz
Doris
„Pełźniecie wraz ze mną
przez tunele utajonych nocy
pod rozgwieżdżonym niebem ojczyzny
między lśnieniem i trądem
pod płachtami błota i terroru
wymykacie się ze mną, stare stoły,
bezużyteczne szafy, szuflady pachnące przeszłością
skręcacie wraz ze mną za rogiem przestrachu
z nadzieją z nadzieją
że dzień nadejdzie”
W poemacie Ferreiry Gullara jest wszystko i wszystkiego dużo, przeciwności się uzupełniają, wypełniają każde puste miejsce. Wojnie, przelanej krwi, opresyjnemu reżimowi przeciwstawia poeta „mroczną wrzawę ciała”, jego krążące soki, silny zapach i gęstą strukturę, wydzieliny i zmysłowe pragnienia. Życie tak blisko śmierci, jak to tylko możliwe:
„krew która może przez nieuwagę wyciec z mojego
otwartego
przegubu”
Ot i zagadka – ciało, rzecz przecież, o określonych wymiarach i kształcie, „zrobione z wody i popiołu”, a tak niepowtarzalne, rozumne, czujące, wrażliwe. Ciało zrodzone w konkretnym miejscu i odtąd przyswajające jego rytm, pulsujące wraz z nim niczym jeden organizm, przynależące doń, chociaż spragnione wolności. Ciało przechowuje ślady wspomnień, zamyka je w szufladach, gubi, szuka po omacku… „Tyle wieczorów w jednym wieczorze!”, czas je zaciera, gna przed siebie jak szalony, ciągnie nas za sobą, nie ustaje, życie to pociąg ekspresowy, nie zatrzymuje się na stacjach, nie przestrzega rozkładu ani innych zasad bezpieczeństwa w ruchu, „w stronę nowego dnia pruje”, różnorodność jego form, przejawów, żywiołowość doznań zachwyca i przytłacza.
„ wiele
wiele jest dni w jednym dniu”
Chciałoby się ten potężny zastrzyk energii zassać w siebie, słowa ognia i cielesnej mocy cytować bez końca. Ta poezja uzależnia, gdy już przywykniemy do jej specyficznego bezładu, szaleństwa stawania się. „Ponury wiersz” jest pieśnią życia w każdym z jego niezliczonych przejawów. Tego nocnego, ściszonego, skrytego w mroku, które jednak nigdy nie ustaje, lecz nieco tylko stłumione, kłębi się nadal w sypialniach, zaułkach, pod światłem księżyca w intensywnym aromacie rozkwitłego jaśminu. I tego dziennego, rozbudzonego słonecznym promieniem i już spóźnionego, zgonionego, zdyszanego, ogłuszonego hałasem, zniecierpliwionym trąbieniem klaksonów, śmiechem i wołaniem ulicznych sprzedawców. Zapach jaśminu zostaje zastąpiony przez duszną woń przejrzałych owoców, potu, błota i leniwie płynących ścieków. Miasto i przedmieścia to całkiem różne rzeczywistości, nawet czas płynie w nich inaczej, jakby i on fermentował wraz z gnijącymi gruszkami i topił się w gęstwie uczuć buzujących podskórnie w człowieku.
Ferreira Gullar napisał poemat o brazylijskim mieście, jego mieszkańcach, ptakach, zwierzętach, wietrze i ciasnocie. Choć właściwie ma się wrażenie, że ów strumień świadomości, jaki wylewa się spod jego pióra, sam w sobie jest sprawczy, ma w swojej władzy i talent, i instynkt, a także wolność decyzji, całkiem poza jurysdykcją autora. Wiersz bez rymów, o zmiennej pulsacji uwidocznionej w jego strukturze, niemal nieobecne znaki przestankowe, małe litery, nadmiar nawiasów, wtrąceń i poboczności, sugerują słowotok, przymus wyrzucenia z siebie treści na jednym niemal wdechu, do zakrztuszenia, do bólu. Wszystko co dzieje się teraz i działo w przeszłości głęboko poetę dotyka, łaskocze jego synapsy, męczy zmysły, a jednocześnie ładuje go emocjonalnie, każe biec, patrzeć, słuchać i rejestrować w magazynie pamięci. Ten akumulator, choć na granicy wydolności, nigdy się nie wyczerpuje.
Czujemy atmosferę gorącego, wręcz parnego Południa, jakże odmienną od ostrożnego chłodu, rezerwy i oszczędności prozy chociażby skandynawskiej. Tutaj feeria ostrych kolorów, duszących woni, narzucająca się zmysłowość, naga cielesność, zaglądanie w zakamarki ciała, w żywe tętnice i bijące serca tkanki ludzkiej i tej błotnisto chromowanej, miejskiej. Tutaj nie ma tajemnic, nie ma także wstydu, brak jakichkolwiek tabu i świętości. Pod spodem jednak czai się cierpienie, jakaś mroczna siła, która popycha ku zatraceniu. Strofy piękne mieszają się z wulgarnością, melodia wiersza jest rozedrgana, na granicy zmysłowego przeżycia i destrukcji, tango w objęciach śmierci, przytulenie bliskie uduszeniu, miłość nieodróżnialna od nienawiści. Przesyt rodzący tęsknotę za minionym czasem w lęku przed jutrem. W tym całym chaosie i mnogości człowiek pozostaje jednak samotny, zmuszony w pojedynkę radzić sobie z trudną codziennością, rozpoznawać sygnały i ostrzeżenia, by nie zagubić się, nie wpaść w szaleństwo.
Autor wtapia się w codzienność, z gwarnej ulicy zagląda w okna mieszkań i knajp, w brudne podwórka, odnotowuje proste czynności, jakie wypełniają tkankę dnia. Analizuje procesy zachodzące w świecie, w ludzkim organizmie, w miąższu owoców, w zagadce klucza frunących urubu i w odmętach zamulonej rzeki. To wszystko składa się bowiem na pieśń życia,
„ wszystko to dzieje się
w ramach historii lasów i ptaków
I w historii ptaków
wojownicy pozostali przy życiu”
W przeciwieństwie do historii ludzi, która wojowników tłamsi i pozbawia skrzydeł. Literatura południowoamerykańska pozostaje w ścisłym związku ze światem przyrody, natura i człowiek żyją w symbiotycznym uścisku, magicznym związku zależności.
W poezji Ferreiry Gullara słowa żyją, błyszczą i dojrzewają w słońcu Sao Luis, miasta współczesnego, brzemiennego jednak historią przodków, których duchy wciąż są gdzieś blisko, czuwając nad wszystkim, owiewając dzień dzisiejszy oddechem wczoraj, mieszając w kotle czasu.
„nie da się stwierdzić, że dzień
ma tylko jedno centrum
(w formie pestki
lub słońca)
bo tak naprawdę dzień
ma niezliczone centra”
dla każdego inne w różnych momentach, przewidywalne lub zaskakujące, nie zawsze należycie uświadomione. I naszą rzeczą jest, by ten ruch nigdy nie ustał, by ciągle nowi ludzie podtrzymywali grawitację życiodajnej, życiorodnej planety, czerpiąc energię z ziemi i z powietrza, z przyrody i przedmiotów, a także od siebie wzajemnie, gdyż:
„(…) różne są sposoby
w jakie jedna rzecz
bywa w drugiej”
Poemat Ferreiry Gullara jest na wskroś malarski, a nawet filmowy. To szerokie, barwne plamy rzucone na płótno czasu, stale w ruchu, przenikające się. Przywołuje konkretne, rozświetlone lub mroczne noir obrazy, podkładając pod nie akompaniament głosów i śpiewów, trzepotu ptasich skrzydeł i szumu konarów drzew, któremu niemal zawsze towarzyszy chlupotanie błotnistych ścieżek, w ich gnilnej, mazistej masie grzęzną stopy, wciągane coraz głębiej, jak i my wciągani jesteśmy w trzęsawisko życia.
Informacje:
-
Autor:Ferreira Gullar
-
Gatunek:Literatura Piękna, Poezja, Poemat
-
Tytuł Oryginału:Poema sujo
-
Język Oryginału:Portugalski
-
Przekład:Michał Lipszyc
-
Liczba Stron:87
-
Rok Wydania:2026
-
Wymiary:130 x 220 mm
-
ISBN:9788366257658
-
Wydawca:Ossolineum
-
Oprawa:Miękka
-
Miejsce Wydania:Wrocław
-
Ocena:6/6