Hiril
Geografia nie jest moją mocną stroną. Paradoksalnie to sprawia, że regularnie staram się sięgać po pozycje dotyczące właśnie geopolityki, w nadziei, że po lekturze pozostanie mi choć trochę wiedzy. Z takim zamiarem wybrałam „Stulecie Eurazji” Hala Brandsa. Jeszcze przed lekturą kojarzyłam autora, o którym słyszałam wiele dobrego, że w swojej dziedzinie jest specjalistą, a także, że ma szerokie doświadczenie w przekazywaniu swojej wiedzy jako wykładowca, autor wielu książek czy komentator.
Po zapoznaniu się ze „Stuleciem Euracji” z pełnym przekonaniem mogę napisać, że fascynująca była to przygoda. Po pierwszych stronach solidnie się wystraszyłam, bo wstęp do polskiego wydania nieco mnie przytłoczył. Na szczęście, kiedy dotarłam do części napisanej przez Hala Brandsa było o wiele lepiej. Nie powiem, że każdy fragment był jednakowo dla mnie interesujący, ale zarówno autor, autorka przekładu Barbara Kocowska, jak i wydawnictwo Prześwity, postarali się, żeby książka była naprawdę przystępna i porządnie przetłumaczona. Bywało zawile i trudno, ale ja się nie gubiłam, co budzi mój podziw.
Jednak to nie znaczy, że była to książka łatwa. Na pewno pomogła mi znajomość niektórych odcinków Podkastu Amerykańskiego oraz dbałość wszystkich zaangażowanych w powstawanie tej książki osób, ale zawartość była w mojej opinii na naprawdę wysokim poziomie. Oczywiście kwestie geograficzne nie są jedynymi, które wpływają na politykę, więc chociaż to na tym skupiała się książka, to nie było możliwości odcięcia się od innych przesłanek, co nałożyło kolejną warstwę komplikacji. „Stulecie Eurazji” wymagało bezwzględnego skupienia, a niekiedy dodatkowego sprawdzania informacji i nawet najmniejsze rozproszenie skutkowało zagubieniem w historii, którą opowiada nam Hal Brands. Skądinąd naprawdę bardzo ciekawej historii, więc chociaż wymagania są wysokie, to ja osobiście czerpałam dużą satysfakcję z tej lektury.
Trudno nie zauważyć amerykańskiej perspektywy autora. Oczywiście jestem świadoma amerykańskiej mocy i sprawczości, ale jednocześnie bywały momenty, kiedy pojawiała się tak typowa, bezgraniczna amerykańska wiara w ten kraj. Autor potrafił być wobec swojej ojczyzny krytyczny, ale w bardzo miękki sposób, a ja nie jestem pewna czy dzisiejsza przewaga USA nad innymi krajami oraz jej zarządzanie światem jest na takim poziomie jak opisuje to autor. Trochę jednak brakuje mi jego niezachwianej wiary.
Jednakże tym co porwało mnie najmocniej były części Drugie stulecie Eurazji oraz Wnioski z przeszłości. Z jednej strony jestem świadoma, że wszystko to co działo się wczoraj jest już historią, a co dopiero kilka lat temu, niemniej było dla mnie odkrywczym, że te wydarzenia można już swobodnie analizować w znacznie szerszej formie. Wojna w Ukrainie ma dla mnie konkretny wymiar codziennych doniesień, a przecież trwa ona już tyle lat, że rzeczywiście geopolityczna analiza tego wydarzenia ma jak najbardziej sens, ale do mnie chyba to nie do końca dociera. Czytanie przemyśleń amerykańskiego specjalisty na temat tej wojny czy tego co wydarza się w Azji... To było dla mnie spojrzenie z nieco innej, o wiele bliższej, perspektywy. Ta część porwała mnie bez reszty i chociaż wciąż była dla mnie ogromnym wyzwaniem intelektualnym, to dosłownie czytałam ją z zapartym tchem próbując z tego jak najwięcej zapamiętać.
Książka Hala Brandsa nie jest lekturą na jedno czy dwa popołudnia - to książka, którą czytałam ponad miesiąc, a i tak mam poczucie, że przydałoby się przeczytać ją jeszcze raz. „Stulecie Eurazji” jest lekturą wymagającą, ale czytelnicza satysfakcja oraz intelektualny rozwój, które są jej skutkiem, są tego warte. Dla laików takich jak ja ta lektura będzie solidnym wyzwaniem, ale gorąco ją polecam. Być może nieco bardziej oczywista byłaby dla znawców, ale na ten temat się nie wypowiem, jako że do nich na pewno nie należę. :) Uważam jednak, że jest to książka tak świetnie napisana, że po prostu jest warta lektury.