Rozmowa z Panem Tomaszem Pczyckim
WYWIAD
Rozmowa z Panem Tomaszem Pczyckim, człowiekiem, który stał się pisarzem poza pracą zawodową i poza codziennością. Pan Tomek jest debiutantem. Właśnie ukazała się Jego powieść „FRIDE I HILDA”, z której jest – czego nie ukrywa - bardzo dumny. Na wielu stronach poświęconych książkom i czytaniu, „FRIDE I HILDA” zyskuje coraz więcej pozytywnych ocen wśród czytelników.
Czy ten fakt stanie się motorem do dalszego pisania? Czy może to pisanie, to tylko odskocznia od szarości dni? I w ogóle o co chodzi w pisaniu - o to między innymi zapytam Pana Tomka.
Parzę kawę (w dzbanku, by szybko nie brakło) i siadamy do rozmowy, by dowiedzieć się tego, czego jeszcze nie wiemy, a wiemy niewiele...
Zaczynamy.

Pierwsze pytanie, które samo nasuwa się już na starcie. Czy miał Pan taki moment w życiu i czy go Pan pamięta, gdy pojawiła się myśl o pisaniu? Do tego trzeba wytrwałości i - jakby nie patrzeć – samotności.
Przecież pisanie nie jest łatwe.
Tak. Pamiętam nawet z liceum jak rozpowiadałem znajomym, że napiszę kiedyś książkę. Strasznie dawno temu! Nigdy jednak nie pojawił się wystarczająco dobry pomysł. Bardzo niespodziewanie przyszła inspiracja, do tego cała masa czynników wskoczyła na miejsce. Na przykład bezsenność. Większość książki powstała nocami. Stąd też zresztą początek; Fride leży na łóżku, nie może zasnąć, a myśli wędrują nie dając spokoju. Na to też nałożyła się przedziwna sytuacja w pracy. Moje stanowisko przestało być potrzebne i płacono mi właściwie za nic. Nie była to łatwa sytuacja, ale zostałem aż do restrukturyzacji, a środki przy tym otrzymane pomogły mi wydać książkę. A że pracowałem głównie z domu, to czasu miałem aż nadto.
Pomogły też lata grania w gry fabularne, gdzie siadało się z przyjaciółmi i snuło wspólnie historie.
A co się z Panem dzieje, gdy zasiada przed czystą, białą stroną, gdy zaciera ręce, bo ma wizję tego, o czym będzie pisał i zaczyna przygodę z tekstem? Co pan czuje w sobie? Gdzie zaczynają krążyć pana myśli?
Początek jest najtrudniejszy. Pusta kartka, tak jak i puste płótno, przerażają. Wiem, bo też maluję. Zacząłem książkę pisać dwa razy. Za pierwszym razem od momentu, gdy Fride trafiła do Caegasham jako dziewczynka. Nie działało, nie porwało, więc skasowałem dziesięć stron i zacząłem od nowa. Zadałem sobie pytanie, o czym tak naprawdę chcę pisać? Odkryłem, że o tym, jak Fride poznaje Hildę. Zacząłem więc drugi raz, gdy dużo starsza już dziewczyna miała się do niej wybrać.
Co czułem?
Ekscytację! Miałem historię do opowiedzenia. Skomplikowaną, długą, złożoną. Wziąłem więc to zadanie krok po kroku nie planując wiele. Nie chciałem opóźniać, odkrywałem więc tę historię powoli wraz z pojawiającymi się na kartce słowami. Oczywiście nakupiłem mnóstwo historycznych książek, by sprawdzać fakty, ale zaglądałem do nich, gdy była taka potrzeba.
A co w przypadku nadmiaru pomysłów, jakie się pojawiają i kuszą do zmiany fabuły, czy do ingerencji w tekst? Czy trzyma się Pan sztywno nakreślonej historii, jaką Pan ubiera w tekst, czy jednak podczas pisania to wszystko się zmienia? Czasem przecież pojawia się nagły pomysł, który warto byłoby pociągnąć, i w który warto było się zagłębić lub choćby popróbować zabawy z nim.
W moim przypadku praktycznie nie było planu. Miałem tylko szkielet historii; główne punkty zwrotne, takie „kotwice”, do których dążyłem. I zadziałało fantastycznie! Siadałem do pisania podekscytowany, niejednokrotnie sam nie wiedząc, co stanie się dalej. Wiele razy odchodziłem od komputera mówiąc mojej żonie „ale się porobiło!” Na przykład gdy Hjalmar przybył w zimie wraz ze swoimi wojownikami do Caegasham złożyć Fridzie przysięgę. Poczułem nagle, że nie chcę aby był on nią romantycznie zainteresowany. Zadałem sobie jednak pytanie, kto by nie był? Dlaczego miałby nie być? Fride wtedy już była znana, posiadała majątek, była atrakcyjna. Nagle przyszła mi do głowy odpowiedź! Bo kocha kogoś, kocha Perunn. I tak nagle na kartce pojawiła się nowa, nieplanowana, fantastyczna bohaterka, która w kontynuacji ma kluczową rolę. Wiele też razy wracałem do tego, co już napisałem, by coś dodać, zmienić. Niestety to był mój największy błąd przy pisaniu. Śpieszyłem się przez tą ciekawość, co będzie dalej. Jakbym przewijał film. Musiałem więc później wracać, by dołożyć nieco „mięsa na kości”.
Od jak dawna Pan pisze? I czy od razu Pana ambicją i celem było coś „wielkiego kalibru” wedle zasady, że szkoda marnować swój trud zamykając go w szufladzie, skoro można pokazać innym i wyjść z tym poza
szufladę?
Moją ambicją było najpierw napisać książkę, pozbyć się jej z głowy i wylać na papier. Ten cel oczywiście z czasem się przesuwał, dalej i dalej, bym nigdy nie poczuł satysfakcji czy dumy. Jak już napisałem i wyszło sporo stron (!) to nagle celem było wydać, jak już wydałem, to chciałem, by się podobało, teraz próbuję wydać w Anglii i myślę o ekranizacji, o zainteresowaniu historią producentów seriali. Sam sobie założyłem na głowę kij z marchewką.
Ile z samego siebie wrzuca Pan w książkę? Chyba, że zachodzi w Panu inwersja – łapie się Pan na tym, że to bohater zaczyna wpływać na Pana? Na psychikę? Odczucia, czy postrzeganie otoczenia? Że staje się Pan w jakiejś części kimś innym? Bo przecież pisanie i grzebanie, w kimś nawet wyobrażonym ma przecież wpływ i na samego grzebiącego.
Chyba wrzuciłem tam całego siebie; lęki, pragnienia, emocje, troski, marzenia. Każda postać, nawet najgorsza, ma coś ze mnie, jakieś dążenia, które rozumiem, które dzielę. Na szczęście tego aż tak nie widać, gdyż jest to powieść historyczna, świat, który istniał tysiąc lat temu i niewiele ma wspólnego z naszym. Wpłynęła jednak ta książka na mnie bardzo. Czytając o życiu w tamtych czasach, próbując wyobrazić sobie, jak działała ta społeczność, uświadomiłem sobie jakim koszmarem dla kobiet byli wtedy mężczyźni i że niestety w wielu miejscach na ziemi, poza naszą małą bańką, niewiele się do dziś zmieniło. Strasznie dla mnie smutna realizacja.
Skąd pomysł na „FRIDĘ I HILDĘ”?
Zainspirowała mnie komputerowa gra! A dokładniej Assasins Creed Odyssey. Sięgnąłem po tę grę nie bez powodu. Jej akcja dzieje się w antycznej Grecji a ja kocham ten kraj. Zdawała się też dość zabawna i niepoważna, przez co idealna dla mnie wtedy. Przechodziłem przez dość długi, ciężki okres w życiu i desperacko potrzebowałem takiej właśnie odskoczni. Wybrałem do gry postać żeńską; Kassandrę i do dziś postać ta jest moją absolutnie ulubioną wśród wszystkich charakterów z gier. Gra świetnie spełniła swoją rolę... do czasu. Mniej więcej w połowie zmieniła się o 180 stopni. Nagle stała się przerażająco smutną, grecką tragedią, a na moją ulubioną bohaterkę zaczęły spadać traumatyczne, koszmarne wydarzenia, których jako gracz nie mogłem uniknąć. Nie spodziewałem się tego i bardzo mnie to wtedy uderzyło. Pamiętam, jak leżałem nocami z powodu bezsenności zastanawiając się, czemu twórcy zdecydowali się na taki dziwny krok, i o dziwo, bardzo mi to pomogło! Zajęło myśli! Przestałem wreszcie po nocach roztrząsać przeszłość i bać się o jutro. Pewnej nocy zadałem sobie pytanie, co bym w historii Kassandry zmienił, gdybym mógł i tak do głowy nagle przyszła mi moja historia! Każdej nocy wyobrażałem sobie coraz
to więcej scen, dialogów, sytuacji i w końcu, pewnego ranka stwierdziłem, że albo przeleję to na papier, albo mi głowę rozsadzi. Tak się zaczęło; z chęci dania Kassandrze, czyli mojej Fridzie, dobrego zakończenia i odrobiny miłości. A czemu wybrałem anglo-saksońskie królestwa? Zdałem sobie sprawę z tego, że to jedyny okres historyczny, o którym wiem wystarczająco, by spróbować opowiedzieć w jego realiach własną historię.
Czy pisząc czyta pan inne książki?
Przeczytałem mnóstwo bardzo specyficznych książek historycznych i wiele się dowiedziałem o tamtych czasach! Wspaniały, dodatkowy bonus! Niektóre z nich naprawdę gorąco polecam, choć nie wiem, czy ukazały się na polskim rynku. Na przykład piękna, poetycka powieść „Zimy w świecie” autorstwa Eleanor Parker, „Stacje słońca” Ronalda Huttona czy niesamowitą książkę o królu Edwardzie Michaela Key. Uwielbiam tę tematykę.
A w ogóle, jakiego pisarza Pan lubi czytać? W jakich książkach się Pan zanurza?
Jeśli chodzi o książki fabularne to niestety nie czytam wiele. Moimi ulubionymi pisarzami od lat są Bernard Cornwell i Ken Follet. Oczywiście obydwaj piszą powieści historyczne w zbliżonych czasach do mojej. Niestety jestem przerażająco wymagającym czytelnikiem i widzem zresztą też. Rzadko kiedy coś mnie naprawdę porywa. Często czytałem historyczne książki naukowe nie raz bawiąc przy tym moją żonę, gdyż ekscytowały mnie przeróżne detale dotyczące życia, czy też zwyczaje w dawnych czasach, które uśpiłyby każdego w pięć minut.
Budowanie treści i fabuły nie jest łatwe, powiedzmy sobie szczerze. Wystarczy mieć wyobraźnię. Gorzej jednak ma się samo pisanie i język pisarski – powiedzmy sobie szczerze. Pisać nie każdy potrafi. Nie bał się Pan tego?
Ja nie potrafię pisać!
Okrutnie się nie raz męczyłem! A jak przyszedł tekst po redakcji, niemal cały na czerwono to myślałem, że się spalę ze wstydu! Bardzo byłem rad, że wybrałem sobie powieść historyczną, gdzie ludzie prości używali prostego języka i nie było miejsca na kwieciste wywody, filozoficzne, głębokie myśli, czy też wysublimowany romantyzm. Bardzo mi to ułatwiło życie.
Jak wyglądała Pana codzienność, jako pisarza? Czy wypracował Pan sobie jakieś ceremoniały?
Pochłonęła mnie ta książka kompletnie. Albo pisałem w środku nocy, albo czytałem zbierając informacje, albo myślałem o fabule niemal bez przerwy. Jedliśmy obiad, a ja byłem nieobecny i żona doskonale wiedziała, że planowałem kolejne sceny. Czasem nagle przerywałem coś i biegłem do góry zanotować nowy pomysł. Byłem w tym świecie non stop i bardzo mi to pomogło przetrwać trudny czas.
Czy pisząc o kobietach i niemalże wcielając się w nie, nie kusiło Pana by to zmienić? By położyć akcent na mężczyzn?
Nie miałem do końca takiego wrażenia, gdyż w tej książce mnóstwo jest przeróżnych mężczyzn i mają oni ogromny wpływ na fabułę. Tyle, że ten męski pierwiastek jest nieco bardziej rozproszony. Zastanawiałem się nad zmianą pewnego kluczowego wątku na bardziej tradycyjny, postanowiłem jednak tego nie robić.
Dwie kwestie były dla mnie bardzo istotne, gdy pisałem książkę. Realizm, również ten historyczny, oraz zwyczaje ludzkie tamtych czasów. Co do pierwszego jestem nieco pedantyczny i pisałem tę książkę z otwartym kalendarzem na dziewięćset siedemnasty rok licząc dni, mierząc na mapie przebyte odległości i czas, jaki dana podróż mogła zająć. Jeśli więc pisałem, że tego dnia była pełnia księżyca, to naprawdę była wtedy pełnia księżyca. Ta pedanteria wpłynęła również na dokładność opisów bitew, zwyczajów i mentalności tamtych ludzi. Wiedziałem więc, że gdyby Fride była bardziej tradycyjną kobietą, jej życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Wydana byłaby za mąż tuż po pierwszym okresie za tego, który oferowałby za nią najwięcej a jako żona nie miałaby już nic do powiedzenia, nie miałaby też niczego na własność, poza brydgifu na wypadek śmierci małżonka. Takie były wtedy niestety realia, a ja chciałem się ich trzymać.
Jakie uczucie ogarnęło Pana przy ostatniej kropce?
Strach, że muszę to teraz komuś pokazać, jeśli chcę to wydać. Również wątpliwości, czy aby na pewno skończyłem, czy na pewno nie ma tam już nic, co powinienem poprawić, ulepszyć, dodać. Myślę, że to jest trochę tak, jak z obrazami; nigdy nie kończymy. Po prostu przestajemy nad czymś pracować bojąc się, że w końcu coś popsujemy.
Czy uwierzył Pan w fizycznie wydaną „FRIDE I HILDĘ”?
Nie było łatwo, ale tak. Jak już wspomniałem przesunąłem sobie cel na bardziej ambitny niż zwykłe wydanie i ścigam marzenia dalej.
Kim się Pan czuje?
Na pewno nie pisarzem! Ani malarzem. Jestem przede wszystkim ojcem i mężem i walczę z codziennością pisząc i malując jak najczęściej się da.
I pytanie, na które zawsze można odpowiedzieć dwojako - czy przeczytał Pan „FRIDE I HILDA”?
Wiele razy. Wymagał tego ode mnie edytorski proces. Czytanie jednak własnej książki jest bardzo trudne. Pisanie to próba przełożenia sceny z głowy w słowa. Gdy jednak czyta się te słowa ma się w głowie z powrotem tę scenę. Nie potrafiłem więc ocenić, czy opis działa czy nie, czy inni widzą to, co chciałem pokazać, czy prawidłowo rozumieją sytuację. Było to dla mnie bardzo frustrujące. Wiele też razy edytor mnie zaskoczył podkreślając fragment i zadając do niego pytania, które nigdy by mi nie przyszły do głowy. Kolejnym problemem była wiedza o tamtych czasach. Pewne rzeczy wydawały mi się oczywiste i nie wymagające wyjaśnień. Edytor wiele razy pokazał mi, że się myliłem. Na przykład raz wspomniałem, że w bitwie padło wielu królów. Edytor dopytał, czy przypadkiem nie popełniłem błędu. Król przecież powinien być jeden. Zupełnie zapomniałem, że czytelnik może nie być świadomy tego, że co trzeci duński jarl wymyślał sobie wielkie tytuły, które tak naprawdę nic nie znaczyły i królów to było wtedy na pęczki.
Kto podsunął myśl wydania Pana powieści? Ile to trwało?
Pomysł wydania pojawił się od razu. Jak już coś robić, to z rozmachem! Mam teraz tą mglistą wizję emerytury, gdy żyję w ukochanej Grecji i dorabiam pisaniem. To jest teraz ostateczny cel. A ile to trwało? Książka ukazała się w kwietniu tego roku, 2025, a pracę nad nią rozpocząłem jakoś na początku 2023.
Ciekawi mnie o czym Pan myśli idąc na spacer? Co Panu siedzi w głowie?
Aktualnie piszę część trzecią. Mam już około 120 stron - i tak jak w przypadku pierwszej książki, myślę co dalej niemal cały czas. Czasem też myślę, co dalej zrobić z życiem, czy go przypadkiem jakoś nie zmienić. Troszkę utknąłem w Anglii, która niestety niewiele już przypomina ten kraj, do którego przybyłem piętnaście lat temu, ale mój syn chodzi do dobrej szkoły i chciałbym, aby ją jednak skończył. Później zobaczymy co dalej.
Co Panu sprawia radość? Co daje Panu wewnętrzne poczucie szczęścia?
Wewnętrzne poczucie szczęścia jest mi chyba obce. Szukam, próbuję, szarpię się. Spokój daje mi małe szczęście, gdy siedzę, rozmawiam wieczorem z żoną przy winie. Odżywam na nartach i na wakacjach, zwłaszcza w Grecji. Pisanie też pomaga. Zwłaszcza, jak dobrze idzie, jak scena fajnie wyszła, jak akcja zaskakuje i podnosi ciśnienie.
Czy oceniał Pan kiedyś własne pisarstwo w kategorii terapii samoleczenia? Lub uzdrawiania? Może coś się w Panu zmieniło?
Coś w tym jest. Takie wypuszczenie pary, pozbycie się nagromadzonych emocji. To na pewno pomaga. Czy coś się zmieniło? Tak. Opinia o dynamice damsko-męskiej. No i wiedza dotycząca czasów króla Edwarda. Na prawdę fascynująca historia! Mam cichą nadzieję, że kontynuacja książki kiedyś się ukaże i czytelnicy będą mogli ją poznać.
Tego sobie, innym czytelnikom i Panu życzę. Trzymam kciuki.
A co ma dla Pana największą wartość?
Spokój, rodzina, uczucie spełnienia, parcia do przodu, satysfakcji z tego, co się dokonało. To ostatnie bardzo ulotne, rzadkie i chwilowe, bo cel cały czas się przesuwa. Cenię sobie również swobodną wymianę myśli z kimś o odmiennych poglądach. Wspaniale rozwijające i poszerzające horyzonty doświadczenie, bardzo jednak rzadkie.
Jako ciekawski czytelnik zapytam, czy chciałby Pan zobaczyć ekranizację „FRIDY i HILDY”?
Marzę o ekranizacji. Mam w głowie sceny, ujęcia kamery, twarze aktorów, nawet dobrałem już muzykę do zwiastunu serialu. Napisałem nawet jedną z głównych ról dla ulubionej aktorki. Jest nią mało niestety znana Melissanthi Mahut. To ona wcieliła się w postać Kassandry. To właśnie jej rola zainspirowała mnie do napisania książki. Kiedy więc zacząłem pisać, postanowiłem stworzyć dla niej rolę w razie czego, by coś z tego mogła mieć, gdyby mi się przytrafił niesamowity sukces. Tą rolą jest rola Hildy. Dlatego właśnie Hilda jest greczynką. Co ciekawe więc, obie główne postacie książki jakoś są powiązane z Melissanthi; Fride oparta jest o jej rolę z gry, Hilda zaś ma jej wygląd.
A na koniec wchodząc ponownie na grunt osobisty i domowy - jak Pan odpoczywa? Jak się relaksuje, gdy ma czas tylko dla siebie? I czy praktykuje nicnierobienie?
Nie potrafię nic nie robić. Rzadko coś oglądam, nie czytam też wiele, chyba, że zbieram informacje do książki. Piszę, albo myślę co dalej będzie się działo. Czasem tez maluję, ale jest to dość frustrujące dla mnie zajęcie, gdyż zawsze mam poczucie, że nie potrafię namalować tak, jakbym chciał, tylko męczę się z własnymi ograniczeniami. Czasem też wracam do mojej gry, od której wszystko się zaczęło, by trochę pobyć na wirtualnej, greckiej plaży. Taka moja mała, prywatna terapia.
Co sprawia, że jest Pan dumny z siebie?
Bardzo rzadkie u mnie uczucie. Pojawia się tylko na ulotną chwilkę gdy czytam tak wspaniałe recenzje, jak ta od Pani i na szczęście szybko znika.
A nie powinna...
Czekam na Pana następną ksiązkę. Czekam na szansę wkroczenia w Pana literacką wyobraźnię, która nie ma granic. Czekam...
9/grudnia/2025r.
Agnesto